3

Od wielu lat pasjonuję się polityką. Niestety,  bez wzajemności, bowiem politycy nie interesują się mną. Może zmieni to mój najnowszy wpis na blogu w całości poświęcony nawykom żywieniowym “gwiazd z Wiejskiej”, czyli “Jak się oni odżywiają”.

Aleksander Kwaśniewski

Nieobcy jest mu efekt jojo i jego konsekwencje. Przed wyborami szybko się odchudzał, ale potem miał niestety problemy z utrzymaniem wagi. Jego dieta to ekstremalna mieszanka kuchni rosyjskiej i filipińskiej. Ewentualnie dla smaku alkohol, ale zawsze w “niewielkich”  ilościach, i wyłącznie dla smaku.

Leszek Balcerowicz

Całe życie biega. Dlatego jego zdjęcia z początku lat dziewięćdziesiątych i obecne różnią się wyłącznie okularami. Świetnie się trzyma, niestety nasze finanse gorzej.

Józef Oleksy

Czerwone mięso, pełnokrwiste, dużo białka i nutka alkoholu. Dieta bogata jak były premier. Efekty uboczne: fryzura a la Kojak.

Jerzy Buzek

Od momentu przeprowadzki do Brukseli schudł, wypiękniał i odmłodził się o 20 lat. Podejrzewam że jego pierwsze decyzje jako szefa europarlamentu to: siłownia, fitness i salon urody w miejsce  sali konferencyjnej.

Ryszard Kalisz

Myślę, że zastosował dietę dr Kwaśniewskiego, czyli 5000 kcal i dużo jajek. Słyszałem, że przynosi ona niesamowite rezultaty. Patrząc na Ryśka stwierdzam: to musi być prawda.

Lech Wałęsa

Z roku na rok coraz grubszy. Prawdopodobnie wpadł w depresję po przegranych wyborach prezydenckich i dlatego je coraz więcej.  Kiedy golonka wjeżdża na stół,  mówi: “Nie chcem, ale muszem”

Donald Tusk

Nie ma czasu na jedzenie, bo od czterech lat przygotowuje ofensywę legislacyjną. Niestety,  przeszkadzają mu w tym Kaczyński, Palikot, a ostatnio nawet Rosjanie.

Obserwuję politykę od dawana i zawsze chciałem osiągnąć “złoty kompromis”: być jak Jerzy Buzek , ale przy tym jeść jak Ryszard Kalisz. Ale niestety nic z tego, gdyż jestem leniwy jak Tusk, lubię golonkę jak Wałęsa i od dawna mam fryzurę Oleksego.





3

W tym odcinku postanowiłem opisać moje nawyki żywieniowe sprzed kilku lat, zanim doznałem, pod wpływem otoczenia i sił nadprzyrodzonych, niezwykłej przemiany duchowo-żywieniowej. Prezentowana przeze mnie “dieta” może stanowić wstęp do książki “Jak nie jeść” (jeśli “Superlinia” to wyda mam podwójnego Nobla w kieszeni – medycyna i literatura).

Śniadanie:

Preferowane w stylu angielskim. Jest to początek dnia, więc należy jak to się mówi “dobrze najeść” i koniecznie na zapas. Jajecznica na boczku pobudza intelektualnie, grzanki z roztopionym żółtym serem wspomagają gibkość plus czarna kawa z mlekiem 3% (orzeźwia i wpływa pozytywnie na cerę). Mleko jest od krowy, jajka od kury, więc to samo zdrowie.

Drugie śniadanie:

Chleb, ale koniecznie biały (czarny to się zaraz spali) z szynką z MarcPolu, ewentualnie kiełbasą. Jeśli dzień był wyjątkowy intensywny, to po prostu baton – nie ma co kombinować i handlować głodem.

Obiad:

Jestem patriotą, więc dominuje kuchnia polska. Nie można być jednak ksenofobem i dobre pierogi ruskie na smalcu z cebulą są do zaakceptowania.

Deser:

Przede wszystkim różnorodność.

Kolacja:

Ciężko znaleźć właściwy kompromis. Z jednej strony powinno być lekkie z drugiej nie można sobie odpuścić, bo jak mówi przysłowie ludowe “jak człowiek głodny pójdzie spać, to mu sie bendom Cygany w nocy śniły” (np: Don Wasyl albo Edyta Górniak). Kabanosy to odpowiednie lekarstwo na koszmary.

Przekąski:

Główne posiłki to pewne minimum. W zależności od własnej kreatywności i potrzeby chwili urozmaicam jadłospis o paluszki słone, krakersy i koniecznie chipsy, które są z ziemniaków, czyli z warzyw, czyli są zdrowe (mistrz logicznego myślenia).

Tak kiedyś jadłem. Medalista olimpijski, słynny pływak Michael Phelps też tak je. Ale on całe dnie pływa na basenie. Ja grałem na trąbce, jadłem kabanosy i słuchałem rock’n'rolla. Nie pływałem i na pewno też nie wyglądałem jak Michael Phelps.


3

Zanim udało mi się schudnąć prawie 50 kg (w poprzednim odcinku), podejmowałem mniej lub bardziej udane próby zrzucenia wagi i osiągnięcia wyglądu Brada Pitta. Większość z nich była po prostu nieudana, na co wpływ miał brak silnej woli, miłość do polskiej kuchni (na śniadanie kiełbasa, nierzadko podsmażana) oraz przywiązanie do spożywania dużych ilości piwa, dzięki czemu, według legend, miałem grać na trąbce słynnym stylem “pijanego mistrza”. Jedną z prób odchudzania przypłaciłem zdrowiem i ją chcę właśnie opisać.

W okresie gimnazjum i liceum moja waga wahała się w granicach 110 kg. Rok przed maturą postanowiłem zrzucić kilka zbędnych kilogramów,  żeby wejść w kreację studniówkową, czyli w przypadku moich możliwości finansowych, elegancki, stylizowany na lata trzydzieste, czasy Ala Capone, prohibicji i Piłsudskiego,  wspaniały, garnitur z lumpeksu w białe paski. Trzeba było działać szybko. Wakacje poprzedzające rok maturalny wydały mi się świetną okazją, żeby zacząć wyścig z wagą. Postanowiłem działać radykalnie i dlatego wybrałem odchudzanie metodą dr Andrzeja Szymańskiego, którą doradzało mi kilku znajomych. “Angielski w trzy dni”, “V symfonia Czajkowskiego w tydzień”, “Wieczorowy kurs taekwondo” – to jest możliwe, ale odchudzanie to proces długotrwały,  często ciągnący się  latami.  Inne zdanie ma tu dr Szymański. Wyliczył on w książce “Głodówki lecznicze”, że człowiek traci od O.5 kg do 1 kg jeśli będzie głodował i nic nie jadł (nawet kaszanki) przez jeden dzień. Jeśli więc będzie przez 60 dni na zmianę jednego dnia jadł, a następnego pościł (jak oznajmia Pismo) może stracić ok. 20 – 30 kg.  Zaznacza jednak, że pewne trudności mogą zaistnieć przy wychodzeniu z tej diety, a w pojedynczych przypadkach może wystąpić efekt jojo.

Jestem tym pojedynczym przypadkiem. Po zastosowaniu diety Doktora Jojo moja waga spadła do 105 kg, a następnie wzrosła do 120 kg.  Na studniówce założyłem inny garnitur.  Żarty powoli się kończyły…


8

Na imię mi Jarek.  Mam 22 lata, pianino, trąbkę, fajne studia i ciekawe doświadczenia związane z odchudzaniem. Głupio mi trochę pisać na blogu przeznaczonym  dla kobiet, ale namówił mnie do tego brat, który lubi takie ekstremalne przeżycia,  jak: słuchanie awangardowej muzyki poważnej (to kiedyś) czy bieganie w samych kalesonach zimą po parku (obecnie) . Prowadzenie blogu w “Superlinii’ wydało mi się czymś tak szalonym, że aż fajnym. Poza tym chcę się trochę polansować w mediach  (to oczywiście żart). Chciałbym też napisać o tym, jak wygląda prawdziwe odchudzanie, a nie to o którym opowiada poseł R. Kalisz z SLD w “Super Expresie” (był to główny temat w mediach 3 lata temu: Kalisz schudł 5 kg, ale potem nastąpił efekt jojo). A było tak…

Jeszcze 3 lata temu ważyłem 120  kg przy 176 cm wzrostu. Moja waga nigdy mi nie przeszkadzała. Miałem wielu znajomych, którzy nigdy mi nie dokuczali z powodu moich rozmiarów. Nikt nie namawiałem mnie do odchudzania (zdaniem rodziny miałem po prostu “grube kości” oraz “genetyczne uwarunkowania”,  co ciekawe, bo nikt w rodzinie nie był otyły).  W środowisku muzyków grających na instrumentach dętych blaszanych, do którego należę (tzw. “dęciaki”), moja waga przyjmowana była z szacunkiem i stanowiła powód do chwały (“chłopcze z taką przeponą możesz grać na trąbce głośniej niż ja” – mawiał mój profesor). Wszystko zmieniło się po udanych egzaminach na wymarzone studia dyrygenckie. Komisja była zachwycona moim występem, jednak po przesłuchaniu pani profesor (znana dyrygentka) zasugerowała, że może warto byłoby zrzucić kilka zbędnych kilogramów przed początkiem roku akademickiego żeby uzyskać “lekkość” w dziełach klasyków wiedeńskich (zawualowana forma powiedzenia mi, że jestem otyły). Wtedy zaczęła się moja trzyletnia przygoda z odchudzaniem.

Dziś się ważyłem. Martwię się, bo przytyłem kilogram i ważę “aż” 72 kg.